6-letni pracownik apteki w podwarszawskim Międzylesiu odmawia sprzedaży środków wczesnoporonnych. Twierdzi, że nie pozwala mu na to religia.

Najpierw był telefon z sąsiedniej apteki. I pytanie: „Czy macie Postinor Duo?".

 

Tomasz Kondej jest praktykującym katolikiem. Syn organisty z warszawskiej parafii pod wezwaniem św. Maksymiliana Kolbego, opowiada, że kilka lat temu przeżył nawrócenie. Wcześniej, owszem, do kościoła chodził, ale dylematami moralnymi nie bardzo zaprzątał sobie głowę.

 

Wygląda jak człowiek silny i przekonany o słuszności swoich poglądów. Mówi spokojnie, ściszonym głosem, rzadko się zapala – co nie jest oznaką słabości. W farmacji pracuje od trzech lat.

 

Spodziewał się, że w końcu ktoś zada mu to pytanie, ale jego tętno zaczęło bić szybciej. Sprawdził w komputerowym rejestrze i stwierdził, że w magazynie apteki jest jeszcze jedno opakowanie.

 

W Międzylesiu mieszka dużo młodych kobiet, wokół nowe osiedla, klasa średnia. Receptę na Postinor można dostać bez problemu.

 

Właściwie mógł skłamać i całej sprawy pewnie by nie było. Jego sumienie byłoby czyste, a pacjentka poszłaby do innej apteki. Teoretycznie mógł też zaproponować, że zamówi środek w hurtowni i że będzie dostępny jutro. To dobry wybieg, bo w przypadku tego specyfiku ważna jest każda godzina.

 

Ale Tomasz Kondej nie chciał kłamać. Odpowiedział, że Postinor jest.

 

Dziewczyna miała może 20 lat. Kondej wydał lek. Starał się nie patrzeć jej w oczy. Opowiada, że kiedy trzymał receptę, drżały mu ręce. Czy sprzedając dziewczynie pigułkę stał się współwinnym śmierci człowieka?

 

Tego samego dnia wieczorem poszedł do dominikanów na warszawskim Służewiu. Duchowny, z którym rozmawiał, zdjął z niego ciężar odpowiedzialności. „W końcu decyzję podjął lekarz, który lek przepisał, oraz pacjentka" – usłyszał.

 

Poczuł się lepiej. Ale wątpliwości zostały.

 

Wczesnoporonny, czyli antykoncepcyjny

 

Postinor Duo to progestagen (syntetyczna pochodna progesteronu – hormonu żeńskiego produkowanego przez ciałko żółte po owulacji) w wysokiej dawce. Oddziałuje na błonę śluzową macicy nie dopuszczając do zagnieżdżenia się w niej zarodka. Producent dopuszcza stosowanie tego preparatu do 72 godzin po stosunku, w wyniku którego mogło dojść do zapłodnienia. Skuteczność jest tym większa, im wcześniej został zażyty (95 proc. po przyjęciu w ciągu 24 godzin, 58 proc po przyjęciu w czasie 48-72 godziny po stosunku). Preparat nie jest skuteczny, jeśli proces implantacji już się rozpoczął. Jedna dawka składa się z dwóch tabletek, drugą przyjmuje się cztery godziny po przyjęciu pierwszej. Kosztuje 65-70 zł.

 

Postinor Duo jest dostępny w polskich aptekach od kilku lat. Jesienią na rynku farmaceutycznym pojawiła się jego nowsza wersja, zarejestrowana pod handlową nazwą Escapelle. Od poprzedniej różni się tym, że dawka lewonorgestrelu (progestagen II generacji) jest jeszcze większa, a do tego zawarta w tylko jednej tabletce. Producent – węgierski koncern Gedeon Richter – w ulotce gwarantuje 99-procentową skuteczność pod warunkiem zażycia w pierwszej dobie po niezabezpieczonym stosunku. Kosztuje ok. 75 złotych.

 

Oba leki zostały zarejestrowane przez Urząd Rejestracji Leków w grupie środków antykoncepcyjnych. Tylko pod tym warunkiem mogły być wprowadzone na polski rynek, rozpowszechnianie środków wczesnoporonnych jest bowiem w Polsce przestępstwem. URL zaliczył Postinor do środków antykoncepcyjnych, opierając się na przyjętej przez Światową Organizację Zdrowia definicji zapłodnienia: organizacja przyjmuje, że następuje ono w momencie zagnieżdżenia się zarodka w macicy. Skoro preparat nie dopuszcza do procesu zagnieżdżenia, w świetle tej definicji nie można mówić ani o poronieniu, ani o ciąży. Jest to zapobieganie, a nie aborcja.

 

Trzy lata temu z Postinorem próbował walczyć ówczesny wicemarszałek województwa mazowieckiego Wojciech Wierzejski. W maju 2004 r. w piśmie skierowanym do aptekarzy z Mazowsza informował, że sprzedaż środka Postinor Duo jest przestępstwem określonym w art. 152 par. 2 zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat 3. Prosił też o informowanie urzędu marszałkowskiego o każdym przypadku sprzedaży specyfiku. Bezskutecznie. Bo czy można karać za sprzedaż legalnego środka? Czy ktoś trafia do więzienia za sprzedaż papierosów i wódki?

 

Tu Kondej nie ma wątpliwości: według niego Postinor zabija nienarodzone dzieci. Pytanie jest inne: co zrobić, widząc przed sobą receptę? Czy można zostawić przekonania religijne przed wejściem do apteki? Jan Paweł II mówił wyraźnie, że katolik w pracy nie przestaje być katolikiem.

 

Dżentelmeńska umowa

 

O swoim dylemacie rozmawiał z większością znajomych farmaceutów. – Mówili mi: masz rację, ale nie można nic z tym zrobić, w końcu to świństwo jest zarejestrowane – opowiada.

 

Przy kolejnej recepcie na Postinor nie wytrzymał: zapytał pacjentkę, czy zdaje sobie sprawę, że ten środek może zabić jej dziecko. Usłyszał, że tak, zdaje sobie sprawę, ale że taką podjęła decyzję. Poddał się, ale kolejnym razem skłamał: powiedział, że leku w tej chwili nie ma. To również było złe rozwiązanie.

 

W marcu opowiedział kierowniczce apteki o swojej decyzji.

 

Brzmiała ona: przekonania nie pozwalają mu realizować recept na środki, które wedle jego wiedzy powodują poronienie. Dla niego oznacza to współudział w zabiciu człowieka. Jest zdecydowany, nawet gdyby oznaczało to utratę pracy.

 

Kierowniczka apteki, w której pracuje Kondej (w rozmowie z „Tygodnikiem" zastrzegła, że nie chce podawać swojego nazwiska), zaproponowała następujące rozwiązanie: w przypadku pacjentki z receptą na Postinor lub Escapelle Tomasz przekazuje sprawę drugiemu farmaceucie pracującemu w tym czasie w aptece. – Cenię Tomka i rozumiem jego motywy, choć inni pracownicy nie mają tego typu oporów – mówi. – Ale proszę zrozumieć: apteka jest po to, by realizować zalecenie lekarza. To jego decyzja i jego odpowiedzialność. Poza tym prawo farmaceutyczne zobowiązuje nas, byśmy mieli w sprzedaży wszystkie środki, jakie są dopuszczone do obrotu na terenie Polski. Taka jest nasza rola, niezależnie od wyznawanych przez nas poglądów.

 

Barbara Filtowicz-Dreszczyk, właścicielka apteki w Poznaniu i przewodnicząca Stowarzyszenia Katolickich Aptekarzy Polskich, nie ma u siebie Postinoru i Escapelle, i nie zamierza ich zamawiać. – W przypadku pojawienia się pacjentki z receptą odpowiadam po prostu, że nie mam, nie wdając się w szczegółowe tłumaczenia. Nigdy nie miałam z tego powodu problemów z nadzorem farmaceutycznym, zresztą z kilku ostatnich lat pamiętam jeden, może dwa takie przypadki.

 

– Słyszałem o podobnych przypadkach z terenu województwa lubelskiego – dodaje Marian Mikulski, wiceprezes Okręgowej Izby Aptekarskiej w Lublinie, szef departamentu etyki i deontologii zawodu w Naczelnej Radzie Aptekarskiej. – Kodeks Etyki Farmaceutycznej przewiduje taką sytuację, choć stanowi też, że w takim przypadku należy wskazać pacjentce najbliższą aptekę, w której będzie mogła zrealizować receptę. My, farmaceuci, jesteśmy w pewnym stopniu służebni wobec lekarzy. To oni biorą na siebie ciężar decyzji.

 

We wspomnianym kodeksie Tomasz przeczytał jednak punkt mówiący o tym, że farmaceuta ma prawo odmówić realizacji recepty, jeśli zagraża to zdrowiu lub życiu pacjenta.

 

Nie przyjmuje argumentu, że w tym przypadku pacjentką jest pełnoletnia kobieta. – A gdzie tu miejsce na jej dziecko? – pyta.

 

Wyniki badań i rekomendacja

 

– To nieporozumienie – dziwi się Filip Biedrzycki z polskiego przedstawicielstwa Gedeon Richter, producenta obu preparatów. – Zdecydowana większość lekarzy przyjmuje, że Postinor Duo i Escapelle to środki antykoncepcyjne nowej generacji i w żadnym przypadku nie mają charakteru wczesnoporonnego. Nieprzekonanym możemy jedynie przedstawić wyniki badań klinicznych i rekomendację Światowej Organizacji Zdrowia. Zresztą oba leki są dostępne w większości krajów Europy, w kilku można je kupić bez recepty, a procedury rejestracyjne są tam bardziej rygorystyczne niż w Polsce.

 

Hanna Wujkowska, lekarka, członek władz Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia i doradca premiera ds. rodziny, mówi wprost: – Postinor czy Escapelle traktuję jako środki wczesnoporonne niezależnie od tego, w jakiej grupie zostały zarejestrowane. Prawo do odmowy ich sprzedaży jest oczywiste i nie wynika z przepisów prawa, ale z prawa naturalnego, które zawsze stoi ponad prawem stanowionym. Nigdy nie przepisuję swoim pacjentkom środków antykoncepcyjnych i nie wyobrażam sobie sytuacji, żeby jakikolwiek przepis zmuszał mnie do odsyłania ich do lekarza, którego światopogląd jest inny niż mój. To wynika zarówno z wiedzy medycznej, jak też z moich przekonań, które traktuję całościowo.

 

Tomasz Kondej od jesieni prowadzi forum internetowe, na którym próbuje zebrać osoby, które myślą podobnie jak on. I które się nie boją. W końcu środowisko farmaceutów nie jest tak duże, ma nadzieję, że jego postawa zainspiruje też innych. Zastanawia się też, jak połączyć bycie katolikiem i wykonywanie swojego zawodu.

 

Nie spodziewał się, że praca w aptece będzie wiązała się z tak ogromnym konfliktem sumienia. A przecież to dopiero początek. Bo co się stanie, jeśli pewnego dnia odmówi sprzedaży pozostałych środków antykoncepcyjnych?

 

– Nie chcę zmieniać zawodu, bo podobne dylematy są wszędzie. Jeżeli zdarzy się tak, że właściciel apteki mnie zwolni, poszukam innej. Może znajdę taką, w której nie będzie środków antykoncepcyjnych w ogóle – twierdzi.

 

Na jednym z forów internetowych ktoś napisał, że Kondej musi liczyć się z następującą sytuacją: zachoruje, pójdzie do apteki po antybiotyk. Za ladą będzie stał buddysta, który nie akceptuje antybiotyków, ponieważ te zabijają mikroorganizmy. A mikroorganizmy również są formą życia. Co wtedy? Przecież buddysta ma prawo do wolności tak jak katolik.

 

Kondej odpowiada ostrożnie, że na szczęście nie mieszka w Tybecie.

 

Tomasz Potkaj / 2007-05-14